Kopytka na sosie grzybowym z Pysznej

pyszna logoPyszna przeżywa swoje wzloty i upadki. Nie wiem od czego to zależy, ale gdy tam jadam za każdym razem jest inaczej. Nie mogę powiedzieć „pójdę do Pysznej, na pewno zjem coś pysznego”, nie pasuje również „już nigdy nie pójdę do Pysznej, obrzydliwe żarcie”. Tak to już jest z tę pierogarnią – loteria. Raz dostaję pyszne pierogi z pieca z kurczakiem, innym razem ruskie, które składają się z 70% z ciasta, a reszta to bezsmakowa masa ziemniaczana. Raz trafiam na przemiłą kelnerkę, innym razem na wredną małolatę. Raz czekam na danie godzinę, innym razem pół. Bywa różnie, tym razem mi się udało, prawie w 100%.

Zamawiam kopytka podawane na patelni z sosem grzybowym. 18,49 zł. Czekam dość długo, ale da się wytrzymać. Pani kelnerka, nie spoglądając na mnie i nie mówiąc ani słowa, stawia przede mną gorącą patelnię z kopytkami, które prezentują się bardzo dobrze. Są świetnie przypieczone, jest ich duuużo, sos gęsty, z dużą ilością pieczarek. 

kopytka

Kopytka mają przyjemną konsystencję – delikatnie chrupiąca skorupka i puszysty środek. Sos grzybowy pyszny – dobrze przyprawiony, świetnie smakuje z kopytkami, kojarzonymi raczej ze skwarkami i kiszoną kapustą. Wychodzi z tego bardzo dobre połączenie.

Podejrzewam, że kopytka zostały przygotowane na głębokim oleju, świadczy o tym nie tylko równomierne opieczenie klusek (duży plus), ale też plamy oleju rozlane gdzieniegdzie na sosie (duży minus). Wszystko byłoby pięknie, gdyby kucharz odsączył je nieco dokładniej.

kopytka1

Podoba mi się sposób podania mojego dania – patelnia fajnie się prezentuje i dłużej utrzymuje ciepło.

Najadam się jak dziki mops. I znowu mam dylemat: polecić, nie polecić… Kopytek warto spróbować. I obyście trafili na sympatyczną kelnerkę!

7/10

k.

mapka pyszna

Reklamy

Chicken Burger i drinki w słoiku

Jest taka restauracja na Starym Rynku w Poznaniu, gdzie po złożeniu zamówienia u urokliwej, wytatuowanej kelnerki, czas nagle staje w miejscu, świat wydaje się piękniejszy i nawet ciche poburkiwanie żołądka dochodzi gdzieś z oddali… wiesz, że za chwilę podadzą ci najlepszego burgera, jakiego w życiu jadłeś, z najlepszymi frytkami, jakie kiedykolwiek miałeś w ustach.

Miejsce to zwie się Whiskey in the Jar. Burgery mają tam takie, że nie wyobrażam sobie, aby ktoś kiedyś zaserwował mi lepszego. Tym razem zamawiam Chicken Burgera: grillowana pierś z kurczaka, z chutney z mango i chilli, z roszponką i pomidorem. Podawany z frytkami stekowymi i dipem do wyboru. Wybieram salsę pomidorową.

Nazwa restauracji zobligowuje do zamówienia whiskey w słoiku. Wybieram więc Sweet&Sour, czyli Jack Daniel’s z jakimś S&S Miksem. Spodziewam się, że czekać będziemy całe wieki, bo większość stolików zajęta, a i nas jest 5 osób i każdy wybiera inne danie. Ku mojemu zaskoczeniu drinki docierają w ekspresowym tempie, dania około 20 minut po nich. Burger wygląda pięknie, jest kolorowo i w dużej ilości. Frytki pierwsza klasa: przyprawione, duże kawałki ziemniaków, chrupiące na zewnątrz i miękkie w środku, dodatkowo ładnie podane. Image

Burger jest świetnie przyprawiony, lekko pikantny, daleko mu do mdłych filetów z innych burgerów, które zdarzało mi się jadać. Na początku przeraziła mnie jego szczupłość, na szczęście okazało się, że większa część kryje się po drugiej stronie bułki. Nie obraziłabym się jednak, gdyby filet był równej grubości w całym burgerze. ImageImage

Już po pierwszym kęsie zaczęłam żałować, że zaraz zjem mojego kurczakowego burgera i nie będzie go więcej. Najadłam się nim do syta, ale dla samego smaku zjadłabym jeszcze pięć takich porcji. Frytki dopełniły dzieła. Z dipem pomidorowym…. ah i oh. Drink w słoiku to autorski pomysł Whiskey in the jar. Trafiony. Każdy drink smakuje i wygląda inaczej. Próbowałam kilku. Swwet&Sour okazał się strzałem w dziesiątkę i jestem pewna, że zasmakuje nawet tym, którzy do wielbicieli mocniejszych trunków nie należą. Fajny, nowy smak.

Image

Strasznie te moje wywody przesłodzone, ale naprawdę starałam się znaleźć w tych burgerach coś, co nie przypadłoby mi do smakowego gustu. Nie znalazłam, choć próbowałam kilkukrotnie. Może cena nie jest super niska: burger 34 zł, drink w słoiku 19 zł, ale są warte każdego wydanego na nie grosza. Image

11/10

k.

Sphinx, Św. Marcin i karkówka.

Dałem namówić się na Sphinx’a przy św. Marcinie.

Postanowiłem nie jadać tam po tym, gdy ostatnim razem usłyszałem, że wołowina zawsze jest krwista, a wieprzowina wysmażona i nic nie mogą z tym zrobić. W Starym Browarze zamówienie wysmażonej wołowiny nie było problemem.

Wybraliśmy karkówkę z grilla, przykrytą cebulą, papryką i pieczarkami podaną z frytkami oraz zestawem surówek.

Na początek chciałbym zaznaczyć, że dla obsługi lokalu “bez pieczarek” oznacza to samo co „bez pieczarek, papryki oraz cebuli”.

Ogromnym plusem jest krótki czas oczekiwania. Nie minął kwadrans, a nasz obiad stał przed nami na ogromnym talerzu.

Obrazek

Zignorowałem (jak chyba wszyscy jadający w sieci Sphinx) kawałek pity i przeszedłem od razu do mięsa.

Pierwsza połowa była soczysta i smaczna. Z odpowiednim grillowym posmakiem. Choć mało słona i niezbyt pikantna.

Obrazek

Dopiero pod koniec pojawiła się żylasta jej część, którą zmuszony byłem pozostawić.

Mój towarzysz nie miał tyle szczęścia i otrzymał kawałek nierównomiernie wysmażony. Trochę surowy. Trochę suchy.

Mieszanka grzybów, papryki i cebuli utopiona została w tłuszczu, przez co nie wyglądała apetycznie, a i nie smakowała najlepiej. Takie oto grzyby z cebulą w oleju.

Do frytek nie mogę mieć zastrzeżeń. Zostały wyjęte z piekarnika na czas i nawet nie trzeba było ich specjalnie solić. Z mistrzowskimi trzema standardowymi sosami wchodziły gładko i szybko.

Z zestawu surówek do spożycia nadawała się tylko ta z białej kapusty. Sprawiała wrażenie świeżej i była neutralnym dodatkiem. Pozostałe dwie smakowały jak zalane octem. Porażka.

Obrazek

Podsumowując karkówka z grilla okazuje się nie najlepszą pozycją w menu Sphinksa.

Choć po wrażeniach ze stekiem na św. Marcinie kto wie… może w Starym Browarze przygotowują ją lepiej?

4/10

ms

Caffe’ Vergnano 1882 Trocadero Caffe & Lunch

Czas oczekiwania na kelnerki bliski był przekroczenia dopuszczalnego limitu, po którym wychodzę z lokalu, jednak dama w leginsach okazała się nad wyraz sympatyczną, młodą dziewczyną, która swym uśmiechem załagodziła niesmak a nawet użyczyła nam długopisu nie wiedząc jeszcze co zamierzamy spisywać.

IMG_0228

Ze stanowczo zbyt obszernego menu wybrałem naleśnika z salami, korniszonami, papryką i pomidorami, podawanego z sałatką, która nie miała dla mnie większego znaczenia.

Choć byłem już po jednym obiedzie i nie spieszyło mi się do skosztowania potraw, nie mogłem uwierzyć, że przygotowanie tak prostego posiłku może zająć tyle czasu – mniej więcej tyle, ile przeciętnemu obywatelowi zajmuje zapamiętanie nazw tego lokalu. Stanowczo za długo.

Gdy w końcu doczekaliśmy się naszych dań, naleśnik okazał się idealnie wypieczony. Bardzo duży plus.IMG_0235

Z pierwszym kęsem zacząłem zastanawiać się – co jest tutaj nie tak, jak być powinno – czyżby ktoś nie wypełnił mojego obiadu w całości? Dlaczego mam jeść samo ciasto?

Dopiero z trzecim kawałkiem dotarłem do warzyw i salami.

I tutaj rozczarowanie numer jeden. Wnętrze wypełnione było w 80 procentach pomidorami, 15 procentach korniszonami i w pozostałych pięciu – włoską kiełbasą.

Pomijając jej małą ilość, chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz – liczyłem na duże kawałki, smacznego, apetycznego i pięknie pachnącego salami, a otrzymałem tanią, jasnoróżową, posiekaną w maleńkie paseczki porażkę. Wstydźcie się.

Sytuację wyratowały korniszony w ilości optymalnej i idealnej kwaśności.

Tego samego nie mogę powiedzieć o papryce… Kto do tego typu dania wkłada konserwową paprykę?! Kto w ogóle dodaje konserwową paprykę do konserwowych korniszonów w jednym daniu?! Wstydźcie się. Po raz drugi.

Dodatek w formie sałatki z kapusty pekińskiej ze świeżym ogórkiem – bez zarzutu, choć pomidory tutaj mogli sobie już podarować.IMG_0237

Lepiej poczułbym się gdyby pozwolono mi podjąć decyzję w sprawie sosu. Rozwodniony pomidorowy (całkiem smaczny – przyznaję) nie jest najlepszą opcją do dania i sałatki, w których większość to pomidory. Wstydźcie się. Po raz trzeci.

Brodaty kucharzu z zawiązaną na głowie chustą… oj, nie postarałeś się.

3/10

ms

Dłuuuuuuuuuuuuuuuga audycja w Ptasim Radiu

ptasie radioNa nasze śniadanie w Ptasim Radiu czekaliśmy dobre 45 minut. I to, niestety, kładzie sporych rozmiarów cień na naszą ocenę tego lokalu. Nikt z Radia nie spodziewał się najwidoczniej, że o dość wczesnej, niedzielnej porze przeżyją małe oblężenie świeżo upieczonych magistrów ze szczęśliwymi rodzinami. Tak więc siedzimy my i magistrzy. Zamawiamy i czekamy. 

Wciąż czekamy.
Jeszcze chwilę czekamy.
Przychodzi pani kelnerka i przeprasza, ale musimy jeszcze chwilę poczekać.

Na szczęście mamy sok pomidorowy, herbatę z konfiturą i świeżo wyciskany sok z grejpfrutów. Bardzo dobre i super podane.

Cała atmosfera jaką tworzy wystrój wnętrza jest bardzo przyjemna. Wszystko do siebie pasuje, jest klimatycznie, menu przypomina takie rodem z lat 30. Zastawa piękna. Muzyka w tle zdecydowanie nie z Eski.

Nie zapominajmy, że wciąż czekamy. Nasze puste żołądki nie zapomną nigdy.

W końcu nadchodzą: jajko na szpinaku z tostami, omlet z papryką i wiejska jajecznica z 3 jaj.

Zaraz, zaraz… dlaczego wiejska jajecznica z 3 jaj wygląda jak jajko sadzone na boczku? Nie tak się umawialiśmy.

Ktoś nadal czeka = ktoś jest głodny = ktoś jest nieszczęśliwy.

Pozostali nie mogą się oprzeć i zabierają się za swoje porcje. Szpinak jest wyśmienity. Dobrze przyprawiony, liściasty, jajko ugotowane na wodzie, po benedyktyńsku, z płynnym żółtkiem – kupili mnie tym w całości. Tosty mogłyby przypiec się nieco bardziej, ale pewnie musiały szybko wyskakiwać z tostera.zdjęcie

<łn o omlecie>: Omlet był lekki, nieco za słony, ale przyjemny.
Idealny na lekkie śniadanie przed nadciągającym nieuchronnie soczystym stekiem na obiad.
Trudno stworzyć elaborat na temat czegoś, co ledwie przemknęło z talerza – przez przełyk – do żołądka.
Smaczny, ale za słony. Na pewno do niego nie wrócę – tam musi być coś lepszego. </łn o omlecie>zdjęcie (2)

Po godzinie od zamówienia jajecznicy jak nie było, tak nie ma. Postanowiliśmy nie dawać jej kolejnych pięciu minut ostatniej szansy. Jeden brzuch pozostał tego dnia głodnym…  do czasu wizyty w Sphinksie dziesięć minut później.

Za jajko na szpinaku daję 9/10, odejmując czekanie i akcję z jajecznicą wychodzi niezbyt ładne  6/10, ale myślę, że zasłużyli na kolejną szansę (w końcu mają w menu „szparagowy płotek”).

k.

Nowa babcia z Pysznej = nowe pierogi

Babć nigdy za wiele, pierogów tym bardziej. Panie kelnerki w Pysznej przy Starym Rynku nie mają wprawdzie z babciami niczego wspólnego, poza pierogami pierwszej klasy – oczywiście, ale gwarantujemy, że polubicie je od pierwszego… kęsa. Pyszna ma swój klimat (wystrój i stroje kelnerek w stylu pin-up*) i autorskie menu (wariacje na temat tradycyjnej kuchni), co już na pierwszy rzut oka daje jej dużego plusa.

pysznaZamawiam trzy pierogi z pieca. Jako, że jestem od żarcia, mam swoje przywileje – mogę wybrać różne nadzienia moich przysmaków. Decyduję się na kurczaka z żółtym serem, szpinak z fetą i salami z cheddarem.  Poza tym w menu: pierogi z wody, pierogi na słodko, gulasz, żurek z kiełbasą, placek węgierski, schabowy, stek, pyry, kluchy etc. etc. … W  celu umilenia mi oczekiwania na danie dostaję gratisową przystawkę – pajdy chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem (i już wiem, że tam wrócę – „niebo w gębie” – cytując Babcię).

2013-04-11 12.02.29

Dostaję moje pierogi i myślę: „dobrze, że trzy a nie pięć, bo musiałabym dzwonić po blogowych kolegów celem proszenia o pomoc we wsunięciu wszystkiego”. 2013-04-11 12.26.11

Pierogi są super chrupiące i super  pełne w środku. Sos czosnkowy – raczej przeciętny, grzybowy – bajka.

2013-04-11 12.27.152013-04-13 20.08.04

 

Zdecydowanie wygrywa pieróg z kurczakiem – delikatny kurczak i ciągnący się ser. Ten z salami okazuje się przyjemnie pikantny (lubimy to), a szpinak: fajny, liściasty (nie papkowaty), smaczny, feta raczej słabo wyczuwalna. Zdecydowanie wygrywa pieróg z kurczakiem – delikatny kurczak i ciągnący 

2013-04-11 12.28.21

Ogólne wrażenia: obżarłam się przepysznie za 14 zł. 

9/10 

PS. Chodzą słuchy, że jeszcze nikt nie podołał wielkiemu plackowi węgierskiemu – taki jest wielki. Ale wcale Was nie podpuszczam.

*wszystkim liczącym na pośladki i biusty wylewające się z ubrań, studzimy z miejsca wyobraźnię

k.

Chatka Babuni

Babcia gotuje – brzuszek się raduje

Trudno o bardziej polską potrawę niż pierogi. Zwłaszcza te ruskie. Z reguły szerokim łukiem omijam lokale, w których serwują dania kuchni rodzimej. Być może dlatego, że to co rodzime musi być domowe, najlepiej babcine. Tym razem okazja była wyjątkowa, bo towarzystwo międzynarodowe, więc kuchnię polską zaserwować należało.

Wybór padł na Chatkę Babuni (jest babcia, jest nadzieja), przyjemny lokal z nie byle jakim klimatem (pomijając tłumy, które albo próbowały dostać się do środka, albo już to uczyniły i okupowały wszystkie stoliki = ścisk, wiecznie zajęta toaleta i chaos, z którym, co bezsprzecznie przyznać należy, panie kelnerki nieźle sobie radziły). W menu pierogi z wody, pierogi z pieca i pierogi w kruchym cieście. Poza tym schabowe na kilka sposobów i dodatki: pyrki (momentami menu wykraczało daleko poza znajomość gwary naturalizowanych poznaniaków: pampuchy albo szagówki brzmią groźnie, wybawieniem okazał się minisłownik na końcu każdej karty), surówki, szare kluchy, kasza gryczana…

Do wyboru pierogi tradycyjne i egzotyczne, na ostro i na słodko, z mięsem i owocami, karmelem i serem. Do każdego zestawu pierogów (zestaw podstawowy: 5 z wody albo 3 kruche/w cieście) sos gratis. Zamówiliśmy dwa zestawy pierogów z pieca i cztery schabowe. Czas oczekiwania – 40 min. Nieźle, biorąc pod uwagę ok. 200 gości w lokalu. W oczekiwaniu na nasze dania, bardzo miła, gratisowa niespodzianka: pajdy chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem jako przystawka. Hiszpanie i Polacy zachwyceni.

DSCF1881

Mój wybór padł na „zduna” (szynka, ser, papryka, kukurydza), „po ptokach” (kurczak, ser, pieczarki) i „z piekła rodem” (wołowina, chilli, pepperoni, ogórek). Plus sos czosnkowy (oczywista oczywistość, nie obchodzi mnie, że zabija smak potrawy – mojego nie zabija). Pierogi wyglądały przepięknie, smakowały jeszcze lepiej. Nie potrafię zdecydować, który z trójki najbardziej przypadł mi do gustu.

DSCF1885

Sos zdecydowanie jeden z lepszych jakie jadłam (a jestem sosoczosnkowym pożeraczem), sos kolegi z naprzeciwka, grzybowy, również wyborny. Wadą potrawy było to, że szybko się skończyła. 3 pierogi dla jedzeniowych weteranów mogą okazać się niewystarczające. W porównaniu z porcją, jaką stanowi kotlet schabowy to zdecydowanie za mało. Ceny też nie są wyjątkowo studenckie aczkolwiek jeszcze przystępne (pierogi z pieca ok. 14,90 za trzy sztuki, schabowy z dodatkami ok. 18 zł). Za okazaniem legitymacji studenckiej albo szkolnej 11% mniej na rachunku.

DSCF1884

Od tej pory istnieją dla mnie dwa miejsca, w których pierogi są wyjątkowe, babcia jest ich wspólnym mianownikiem.

8/10

k.

Schabowy z pyrkami oraz marchewką z groszkiem.

Oto mięso. Kawał mięsa.

Ludzi tłum – przez miasto gna. I chyba wszyscy chcą się dostać do Chatki Babuni.

Na szczęście akurat zwolnił się stolik – możemy siadać. Tak wielu ludzi w jednym miejscu, czekających na wolne miejsce musi zwiastować smaczne jedzenie.

DSCF1888

Do takiego kotleta nie sposób zabrać się inaczej niż zażarcie. Metodycznie. Kawałek, po soczystym kawałku. Przyprawiony jak marzenie, od swego centrum – gwiazdy, aż po krańce układu, na każdej możliwej orbicie tak samo nieziemski.

Jako dodatki do mojego schabowego wybrałem pieczone pyrki oraz marchewkę z groszkiem. Nie    sposób, by były tak genialne jak mięso, ale swoją (wysoką) wartość kulinarną przedstawiały.

Pośród kebabowych wysp w Poznaniu, między Sphinksem a Burger Kingiem (i na Whoopera – podwójnego – przyjdzie czas recenzji!) nie znalazłem smaczniejszego domowego żarcia w Poznaniu.

8/10

łn