Piatto Bianco

“Oferujemy dwie małe w cenie dużej.” – rzekł ciepły, miły głos w słuchawce mojego telefonu gdy zdecydowałem się w po długim namyśle, jakie dodatki (zalane serem) powinny uprzyjemnić mi wieczór.

piatto1

Padło na posiekaną w półksiężyce cebulę, świeżego pomidora, przepołowione zielone oliwki, którym z szacunku należy się pare słów więcej w dalszej części tekstu oraz brokuły, gdyż jak mawia zaprzyjaźniony kucharz z Düsseldorfu – “Brokuły. Zero kalorii.” Oczywiście nie mogło zabraknąć jednej z miłości mojego istnienia, a mianowicie salami, które to niczym skrojony na miarę włoski garnitur, absolutnie idealnie komponuje się z każdą pizzą.

W oczekiwaniu na dzwonek do drzwi, ku podkreśleniu smaku wszystkich tych składników wywołujących uśmiech na mojej twarzy poprosiłem o dodatkowy ser. Jednak nie zdecydowałbym się na pierwszą lepszą startą na aluminiowej tarce goude – poprosiłem o niebieską, pleśniową, północnowłoską gorgonzolę.

Podczas składania zamówienia nie zasugerowano mi, bym podkreślił doznania jednym z dwóch dostępnych w menu sosów – wyśmienitym ostrym czy klasycznym czosnkowym i choć w normalnych warunkach uznałbym to za nietakt, tak w przypadku Piatto Bianco wolę skłaniać się ku myśli, iż bez wyraźnej prośby klienta, obsługa nie sugeruje zabijania wyśmienitego i absolutnie wyjątkowego smaku ich dań. Istotnym jest by poczuć każdy szczegół.

“Czas oczekiwania… maksymalnie do godziny. Jednak prawdopodobnie będzie zdecydowanie szybciej.” – dodała kobieta po drugiej stronie, wyjątkowo (jak na polskie warunki) sympatyczna. Nie myliła się. Długo wyczekiwana przeze mnie pizza pojawiła się w drzwiach w akompaniamencie starszego wiekiem dostarczyciela, który nawet przez 5 piętro nie stracił nic z uroku. Z sympatycznym wyrazem twarzy wręczył mi dwa, średnich rozmiarów kartony z logiem ristorante, pobierając przy tym należność.

piatto2

Z oczyma ogromnymi i świecącymi rozłożyłem pierwszy karton na stole. Po otwarciu niestety – pierwsze rozczarowanie – pizza ułożona została na aluminiowej folii. To notorycznie uprawiana praktyka przez wiele pizzerii, psująca efekt wow, który winien zaraz po rozpakowaniu właśnie takiego prezentu nastąpić.

Nauczcie się do jasnej cholery w końcu wszyscy, że karton powinien wchłonąć nadmiar wody! Tylko wtedy ser idealnie przylega do ciasta.

Przełykając zniesmaczenie z folia aluminiową w tle, odkroiłem pierwszy kawałek i bez wahania wziąłem pierwszy kęs.
Poczułem przez moment klimat uroczej małej restauracyjki pod Florencją, w której w pełnym słońcu, zasiadam przy okrągłym stoliku.
Odpowiedniej grubości warstwa sera gorgonzola, niczym bawełniana kołdra niemowle, przykrywa wszystkie zapieczone składniki, obficie rozłożone na cienkim cieście z chrupiącym brzegiem.

Lepiej być nie mogło.
Choć nie potrafię określić czy to za sprawą wyśmienitego połączenia serów czy charakterystycznego pomidorowego sosu nie jestem w stanie wychwycić smaku każdego z dodatków. To zdecydowanie wielki atut. Potrawa powinna smakować w całości. Nie tylko jej część.

piatto3

I na koniec powrócę do oliwek.
Osobiście nigdy nie byłem wielbicielem zarówno tych zielonych jak i (tym bardziej) tych czarnych. Nieumiejętnie dodane do dania, potrafią zniszczyć jego smak, a co za tym idzie – cały końcowy efekt. Pizza Piatto Biano jest tutaj wyjątkiem. Każda oliwka jedynie podkreśla otaczającą ją mieszankę sera, warzyw i włoskiej kiełbasy. Nie ma mowy o jakimkolwiek czerstwym posmaku.

Reasumując:
Każda sekunda spędzona przy pizzy Piatto Bianco warta jest każdej złotówki, którą przychodzi za nią zapłacić.
Z brzuchem godnym Wojciecha Manna, oblizując usta, zamknąłem karton.

Piatto Bianco – 9/10

ms

piatto4

Reklamy